środa, 26 stycznia 2022

A.

...lubię włączyć ''Stabat Mater'' Vivaldiego i kiedy już leci, zająć się podłogą i obserwować, jak część brudna powoli zanika, a część czysta się rozrasta. Sądziłem, że dobór muzyki jest czysto przypadkowy, ale teraz uważam, że czai się w tym jakiś zamysł, jakaś walka sacrum i profanum, porządku i nieporządku, światła i ciemności. (Leszek Talko)

Ja dla melodii nie popełnię zbrodni. (Habakuk)

Zdradzając 

(czyste wzruszenie) 

muzyka staje się

jękiem

(kurtyzany)


"Affection" (styczeń 2022)



sobota, 12 czerwca 2021

W walce o człowieka zintegrowanego 3. Zadanie i realizacja. Drzewo poznania (moralności) i drzewo życia (miłości)

Nie przyszedłem znieść Prawa, ale je wypełnić (Mt 5,17).

...całe Prawo wypełnia się w tym jednym nakazie: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego (...)postępujcie według ducha, a nie spełnicie pożądania ciała.Ciało bowiem do czego innego dąży niż duch, a duch do czego innego niż ciało, i stąd nie ma między nimi zgody, tak że nie czynicie tego, co chcecie. Jeśli jednak pozwolicie się prowadzić duchowi, nie znajdziecie się w niewoli Prawa (...) Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Przeciw takim [cnotom] nie ma Prawa.... (Z listu św Pawła do Galatów)

...Wydaje nam się, że skoro św. Augustyn powiedział „Kochaj i rób, co chcesz” – to powinnyśmy robić, co chcemy, i o żadne prawa się nie troszczyć, a i tak będzie to pobożnie. I szczerze. I niewymuszenie. Zapominamy tylko, że w tym zdaniu najpierw jest powiedziane „kochaj”, jako podstawowy warunek, którego nie da się pominąć.

I w tym jest cały sens: Św. Augustyn był bowiem przekonany, że kto kocha naprawdę, nie będzie chciał robić nic innego niż spełniać prawo Boże... (s. Małgorzata Borkowska)

"...Wypełnić Prawo to nie tyle zachować jego literę, ile wypełnić przykazanie miłości, do którego Prawo Starego Testamentu prowadzi...

...W samym Prawie nie było życia.(...) Litera bowiem zabija, Duch zaś ożywia (2 Kor 3,6). Te słowa streszczają drastyczną różnicę pomiędzy Prawem Starego Testamentu a prawem Ducha. Duch wypełnia to, co samo Prawo jako przepisy w sobie niesie. Duch ożywia to i ukazuje nowe życie, które nie polega na „podporządkowaniu się przepisom”, ale na nowej dynamice życia, którą jest miłość. Ona właśnie wypełnia Prawo (zob. Rz 13,10). Kto żyje, czując się przymuszonym podporządkować Prawu, jeszcze nie żyje w pełni. Dopiero kiedy odkryje prawo Ducha, które odsłania głębię Prawa, co w całym Kazaniu na Górze robi Pan Jezus, ten, przyjmując tego Ducha, zaczyna w pełni żyć, a jego życie zaczyna jaśnieć chwałą. Sam w ten sposób staje się światłem świata i solą ziemi...

Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego (Mt 5,20). 

...wiemy, że faryzeusze byli o wiele bardziej skrupulatni w wypełnianiu Prawa niż my. A my mamy być bardziej sprawiedliwi od nich. Na czym polega problem?

Dbałość o zwykłą zewnętrzną sprawiedliwość najczęściej prowadzi z jednej strony do wysiłku skrupulatnego wypełniania przykazań, z drugiej jednak do szukania usprawiedliwienia. Życie niesie ze sobą jednak rozmaite sytuacje. Trudno człowiekowi uchylić się od winy. Czasem może być ona czysto zewnętrzna, wynikła ze zwykłego gapiostwa albo braku zdolności rozeznania sytuacji, z zapomnienia itp. Nie jest to wtedy wina moralna, a przynajmniej, jeżeli jest, to niewielka, natomiast wewnętrzna presja, że „ja muszę być sprawiedliwy”, powoduje, że staram się swoją sprawiedliwość udowodnić sobie i innym

Jeszcze trudniejsza sytuacja powstaje w bliskich relacjach międzyludzkich, takich jak małżeństwo. Można być „bardzo sprawiedliwym”, wypełniać swoje obowiązki, dbać o dom i rodzinę. Ale w małżeństwie nie o porządność, skrupulatność w wypełnianiu obowiązków chodzi, ale o miłość. Jeżeli współmałżonek odczuwa chłód i obojętność, to żadna solidność w spełnianiu obowiązków nie zastąpi miłości. Otóż podobna sytuacja istnieje pomiędzy nami a Panem Bogiem. Żadna skrupulatność w wypełnianiu przykazań nie zastąpi miłości...

...Prawo bez miłości traci swój sens. I nie tylko miłość wypełnia Prawo, ale także Prawo nabiera swego sensu dopiero w optyce miłości...

...Miłość nie sprowadza się do uczuć. Ona polega na szczególnym wzajemnym odniesieniu się do siebie osób, na obdarowaniu drugiego i przyjęciu go jako daru dla siebie. Powstaje wówczas więź, w której nie chodzi o zaspokojenie własnych upodobań i chęci, lecz o dobro drugiego. W jego dobru odnajdujemy swoje szczęście – zgodnie ze słowami Pana Jezusa, które przytacza św. Paweł: Więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu (Dz 20,35)

Wtedy niewiasta spostrzegła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy (Rdz 3,6)

Ewa przestaje widzieć dobro jako owoc spotkania i miłości, wydaje się jej ono teraz zaklęte w przedmiotach. Z relacji osobowych człowiek przechodzi do relacji rzeczowych. Zmienia się jego sposób patrzenia na świat. Więź osobowa zaczyna być uzależniona od przedmiotów. Kończy się wiara i zawierzenie, a zaczyna się lęk, kalkulacja, wyrachowanie.

W miłości człowiek obwinia raczej siebie niż drugiego; kiedy ona się kończy, zaczynają się pretensje, wzajemne oskarżanie, przerzucenie winy na innych. Powtarza się to w całej historii ludzkiej. Rzadko spotykamy godną podziwu postawę, gdy ktoś dla miłości bierze na siebie ciężar winy i kary, czy nawet, jak o. Kolbe, oddaje życie za bliźniego. Częściej sercem ludzkim rządzi życzliwość, ale podszyta lękiem. Postawa, która zawsze, szczególnie w chwilach próby, grozi zaparciem się miłości, tak jak to było w przypadku apostoła Piotra. Takie jest nasze doświadczenie. Stąd niepewność, nieufność w stosunku do czyjejś miłości.

Istnieje wiele ran związanych z brakiem miłości lub choćby jej ułomnością w różnych jej wymiarach: miłości rodzicielskiej, macierzyńskiej i ojcowskiej /jakże wielu ludzi aż do końca życia nie potrafi się odnaleźć w następstwie braku należytej miłości w dzieciństwie, miłości braterskiej, przyjaźni, miłości erotycznej, patriotyzmu, wspólnoty ideowej, solidarności w biedzie…

Te rany bolą, powodując, że ludzie noszą w sercu żale i pretensje, które często koncentrują ich na samym poziomie konfliktu z drugim człowiekiem. Zapominają wówczas, że cała sprawa na poziomie podstawowego wyboru – pomiędzy osobowym światem miłości, który ma swoje źródło i pełnię w Bożej miłości, a światem rzeczowych relacji z drugim człowiekiem – porównywania się z innymi, chęcią bycia lepszym, a nawet panowania i zawładnięcia,  zawsze ma u swoich podstaw lęk...

...Lęk natomiast staje się podstawą do błędnego myślenia dążącego do zdobycia wyobrażonego dobra, które miałoby dawać człowiekowi zarówno poznanie, jak i poczucie osiągnięcia pełni i bezpieczeństwa przez panowanie nad wszystkim. Właśnie taka logika pojawiła się u Ewy.

Podobnie jak w przypadku samego myślenia, tak i w relacjach pomiędzy osobami rozstrzygające jest nastawienie serca, które później rzutuje na sposób odbierania czyichś intencji i rozumienie sensu spotkania. Lęk, jaki się pojawił na początku dialogu z wężem, jedynie wzrasta i dokonuje coraz większego spustoszenia nie tylko w odniesieniu do Boga, ale i wzajemnych relacjach między ludźmi:

A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski. Gdy zaś mężczyzna i jego żona usłyszeli kroki Pana Boga przechadzającego się po ogrodzie, w porze kiedy był powiew wiatru, skryli się przed Panem Bogiem wśród drzew ogrodu (R 3,7n).

 Lęk nie pozwala człowiekowi stanąć przed Bogiem twarzą w twarz, co ma fatalne konsekwencje: niezdolność do przyznania się do grzechu i prośby o przebaczenie. I nawet gdyby Bóg chciał przebaczyć i pojednać się z człowiekiem, nie może udzielić przebaczenia, gdy człowiek wcale nie prosi o nie, a zamiast tego się tłumaczy. Człowiek chce usprawiedliwienia swojego czynu, a nie przebaczenia. Tym samym chce uznania swojej separacji od Boga, a nawet swoistej opozycji do Niego, a tym samym pozostaje w relacji zewnętrznej do Boga. To jednak jest sprzeczne z samą istotą życia i człowieka w szczególności, bo poza Bogiem nie ma życia, ale jedynie jakieś przerażające pustką istnienie

Rozpoczynająca się od tego momentu historia spotkania Boga z człowiekiem stanie się historią objawienia wielkości Bożej miłości i Jego wierności człowiekowi mimo popełnionego przez niego grzechu. W pełni objawił to Bóg w swoim Synu posłanym po to, abyśmy poznali Jego miłość. Dlatego Pan Jezus powiedział podczas Ostatniej Wieczerzy, że grzech polega na tym, że nie wierzą we Mnie (zob. J 16,9), czyli nie wierzą w tak daleko idącą miłość Boga.

Aby w to uwierzyć, trzeba wewnętrznie w pełni otworzyć się na Boże objawienie. Myślenie pod presją lęku i własnych pragnień nie pozwala dostrzec Boga i Jego dobroci nawet wtedy, gdy jej bezpośrednio doświadczamy...

...Zasadnicza różnica, jaka się pojawiła wraz z przyjściem Pana Jezusa na świat, polega na zmianie wzajemnej relacji Boga i człowieka. O ile dotychczas człowiek jako stworzenie całkowicie podporządkowany Bogu i od Niego zależny, otrzymał Prawo, którego miał przestrzegać, o tyle po Wcieleniu Syna Bożego i Jego ofierze miłości człowiek stał się współdziedzicem Bożego królestwa. Taki był zamysł Boga od samego początku, ale został on objawiony dopiero przez zbawcze dzieło Jezusa.

Nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego (J 15,15)

przyjaciel wie, czym żyje jego przyjaciel. Wie, dlaczego tak postępuje, zna wartość i sens jego postępowania.


To objawienie prowadzi do bardzo konkretnych konsekwencji. Już nie możemy się zachowywać wobec Boga jak niewolnicy, bo zostaliśmy wezwani, aby być przyjaciółmi Boga. Niewolnik nie ma wielkiego znaczenia, nie może o wielu sprawach decydować, właściwie wszelkie decyzje są w rękach jego pana. Jednak niewolnik, jako pozbawiony wolności decyzji, nie odpowiada w pełni za to, co zrobił, szczególnie za wszelkie zło. To jest jego wielki przywilej, że nie jest w pełni odpowiedzialny. Jeżeli otrzyma karę, to jest to kara zewnętrzna na zasadzie coś za coś. Taki brak pełnej odpowiedzialności jest wielką pokusą dla nas. Co prawda nie chcielibyśmy być w pozycji niewolników, ale chcemy korzystać z wolności robienia wszystkiego, co się nam podoba, jednocześnie nie chcąc ponosić odpowiedzialności za swoje czyny. Jest to bardzo wygodna sytuacja. Dzisiejsze czasy bardzo sprzyjają takiej postawie: dysponowanie pełną wolnością w działaniu przy jednoczesnym braku odpowiedzialności za czyny.


Taka postawa jest możliwa jedynie wówczas, gdy nasze wybory są oddzielone od ewentualnych konsekwencji. Dla niewolnika wolność działania kończy się wówczas, gdy zostanie przyłapany na zakazanym postępowaniu. Jeżeli nie zostanie złapany, jeśli mu się uda, w jego mniemaniu wszystko jest w porządku. Inaczej w przypadku więzi miłości. Każdy nieuczciwy czyn wobec kochanej osoby jest zdradą niezależnie od tego, czy został zauważony, czy nie. Nie ma w tym przypadku żadnej ucieczki. Jeżeli uciekamy od odpowiedzialności, wówczas właściwie zdradzamy samą miłość. Zachowujemy się tak jak niewolnik, który liczy na to, że nie zostanie złapany na wykroczeniu. Zamiast więzi miłości wybieramy coś innego, więź zewnętrzną. Możemy to ukrywać przed drugim człowiekiem, ale nie da się tego ukryć przed Bogiem...


...Wydaje się, że w każdym naszym grzechu pojawia się moment uświadomienia, że to, co robimy, jest złe. A jednak mimo wszystko brniemy w zło dalej. Okazuje się, że zło wybrane uzyskuje w nas jakąś siłę, która nawet w momencie odsłonięcia się prawdy o nim, dalej pcha nas do działania zgodnego z tym wyborem. Jest to siła zamysłu i wyboru wcześniej podjętego, który zawsze posiada jakiś „dobry” zamiar. Istnieje wręcz trudność wycofania się z podjętego zamysłu. (...)


W momencie odsłonięcia zła przed naszym działaniem lub w jego trakcie, konflikt między Bożym i naszym zamysłem osiąga dramatyczny szczyt. Tutaj też dochodzi do ostatecznego wyboru zła. (...)


To, kim jesteśmy, zależy od tego, czego słuchamy. Jedno z największych naszych złudzeń polega na tym, że wydaje się nam, że już jesteśmy sobą i wiemy, kim jesteśmy. Otóż nie wiemy! My się teraz dopiero rodzimy. A rodzimy się ze słowa, które przyjmujemy i za którym idziemy. Jeżeli idziemy za pokrętnymi myślami swojego przewrotnego serca, stajemy się poskręcani, pozbawieni tożsamości. (...)

Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity (J 12,24).

Ta zasada odnosi się do każdego człowieka – w szczególności odniósł ją do siebie jako człowieka Pan Jezus. I to właśnie realizował przez rezygnację z obrony i spokojne wejście w krzyż z pełnią ufności. Jedynie w ten sposób można doświadczyć Bożego zbawienia. Jeżeli pozostaje w nas coś z naszych zamiarów, czyli gdy staramy się co prawda iść za wolą Boga, ale jednak sobie coś rezerwujemy, to zamysł Boży nie może się w nas w pełni urzeczywistnić. Dopiero pełne i jednoznaczne posłuszeństwo Bogu owocuje darem Jego życia, czyli zmartwychwstaniem. Zmartwychwstanie Jezusa jest manifestacją tej fundamentalnej prawdy...

Chrystus raz umarł za grzechy, sprawiedliwy za niesprawiedliwych, aby was do Boga przyprowadzić; zabity wprawdzie na ciele, ale powołany do życia Duchem (1 P 3,18).

...w nas musi się dokonać to samo, co dokonało się w życiu Jezusa. W taki sam sposób musi dokonać się zwycięstwo, co oznacza praktycznie śmierć naszego pysznego „ja” (czyli starego człowieka w nas), które na wzór szatana chciałoby panować siłą. Fałszywe „ja” nie zna prawdziwej miłości, przebaczenia, zaufania, cierpliwości, pragnienia dobra dla drugiego. Ono zna jedynie logikę siły, panowania, władzy opartej na układach. To jednak nie niesie w sobie żadnego życia. Nawrócenie oznacza dla tego fałszywego „ja” śmierć. I to jest powodem ogromnego lęku, którego nie możemy własnymi siłami przełamać. Lęk przed utratą swojego życia paraliżuje nas i nie pozwala wejść do królestwa prawdy i pokoju. Jedyną szansą jest zawierzenie Chrystusowi i Jego obietnicy bliskości królestwa Bożego, obietnicy potwierdzonej Jego śmiercią i zmartwychwstaniem...

Dlatego też Bóg wywyższył Go ponad wszystko i dał Mu Imię ponad wszelkie Imię, aby na Imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich, ziemskich i podziemnych i aby każdy język wyznawał, że Panem jest Jezus Chrystus na chwałę Boga Ojca (Flp 2,9–11)

...To dowód miłości do końca bez żadnej interesowności, bez żadnego oczekiwania odwdzięczenia się. Krzyż jest zaprzeczeniem odwiecznej insynuacji węża z raju, który zasugerował, jakoby Bóg miał interes w tym, aby ludzie nie spożywali owocu z drzewa poznania dobra i zła. Ta bezinteresowna miłość z całkowitym oddaniem się powala na kolana wszystkich zarówno w niebie (aniołowie i duchy czyste) jak i na ziemi (ludzi), a nawet istoty podziemne (zmarłych i demony!). Krzyż jest objawieniem, że prawdziwa świętość, świętość Boga, to nie olśniewająca wspaniałość i jednocześnie powalająca potęga, ale miłość do końca, miłość, która obdarza życiem, porywa ku sobie nie przez zewnętrzną fascynację, ale przez dotknięcie serca. Ona jest mocniejsza niż śmierć. I dlatego ci, którzy prawdziwie kochają, mają w sobie życie, którego śmierć pokonać nie może."

...Poznaliśmy tajemniczy plan Boży odnoszący się do naszego zbawienia. Plan jest uniwersalny i na różny sposób był wyczuwany przez ludzi. W różnych religiach inaczej odczytywano ten Boży zamysł, ale w pełni objawił się w Osobie Jezusa Chrystusa: Albowiem ile tylko obietnic Bożych, wszystkie w Nim są „tak”. Dlatego też przez Niego wypowiada się nasze „Amen” Bogu na chwałę (2 Kor 1,20). Obecnie Boże obietnice złożone są w naszych rękach, którzy jesteśmy uczniami Jezusa i następcami w wierze apostołów. Na naszą posługę Bóg wycisnął na nas pieczęć i zostawił zadatek Ducha w sercach naszych (2 Kor, 1,22).

Dlatego jesteśmy solą ziemi. Ale jeżeli my sami, zamiast żyć prawdziwie, rozmywamy się, to co jest nas w stanie jeszcze ożywić? Nie ma już żadnej „lepszej” dobrej nowiny, nie ma nic „wspanialszego”. W Chrystusie wszystkie obietnice Boże, nie tylko udzielone Żydom, uzyskały swoje wypełnienie i więcej nawet, swoje przepełnienie. Nie ma niczego „więcej”. Jest co prawda lepsze lub gorsze zrozumienie, większe lub mniejsze wejście w nową rzeczywistość, pełniejsze wejście w nowe życie, ale poza życiem w Chrystusie nie ma niczego więcej. Jeżeli to nas nie ożywia, to co jest nas w stanie ożywić!

my nie tylko sami mamy być żywi, ale i innych ożywiać tą samą wiarą. Mamy przyczynić się do przemiany całej rzeczywistości dzięki objawionej światu prawdzie o Bogu. Poza solą, jesteśmy także światłem, które ma świecić. Mamy objawić światu, że Bóg jest prawdziwie Ojcem wszystkich i pragnie wszystkich do siebie doprowadzić. Tego jednak nie da się przekazać przez doktrynę. To trzeba pokazać swoim życiem. Dlatego także mamy być światłem, które przez czyny ukazuje prawdę o Bożej miłości.

Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie (Mt 5,16) 

...Między sobą zachowujcie pokój! Prosimy was, bracia, upominajcie niekarnych, pocieszajcie małodusznych, przygarniajcie słabych, a dla wszystkich bądźcie cierpliwi! Uważajcie, aby nikt nie odpłacał złem za złe, zawsze usiłujcie czynić dobrze sobie nawzajem i wobec wszystkich! Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie!W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was. Ducha nie gaście, proroctwa nie lekceważcie! Wszystko badajcie, a co szlachetne - zachowujcie! Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła... (z 1 listu św Pawła do Tesaloniczan)

...Największymi wrogami naszego prawdziwego wzrostu jesteśmy my sami, a konkretnie nasze mniemanie, że sami mamy sobie poradzić i sami mamy się okazać doskonałymi. Takie przekonanie jest wzmocnione przez istniejące u nas od wieków skoncentrowanie na moralnym wymiarze życia. Prawo moralne jest czymś zasadniczym w życiu i aby być autentycznie wierzącym, musimy żyć zgodnie z moralnymi zasadami, jednak jeżeli życie wiary sprowadzi się tylko do moralności, to następuje fatalne uproszczenie. Wydaje się wówczas, że sami musimy okazać się przed Bogiem doskonałymi, że otrzymujemy zbawienie jako nagrodę za nasze dobre postępowanie. Oczywiście w pewnym wymiarze jest to prawda. Niemniej jesteśmy zbawieni przez łaskę, a nie przez własny wysiłek, przez własną doskonałość. I w tym kontekście pojawia się słabość i jej rola w zbawieniu. To dzięki doświadczeniu swojej własnej słabości pojawia się możliwość prawdziwego otwarcia na działanie Boga w nas.

Tak stało się ze św. Piotrem. Dopiero kiedy upadł, poznał swoją słabość i był w stanie na tyle otworzyć się na działanie Boga w sobie, że mógł stać się skałą. W dialogu po zmartwychwstaniu Pan Jezus pytał go jedynie o miłość: Czy Mnie kochasz? Kiedy Jezus zapytał o to już trzeci raz, Piotr powiedział: Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham...

Wszystkie powyższe cytaty wziąłem z publikacji autorstwa o Włodzimierza Zatorskiego "Rozważania liturgiczne na każdy dzień"

***

"...Zbudź się, o człowieku, i poznaj swą godność! Wspomnij, iż zostałeś stworzony na obraz Boga. I choć w Adamie obraz ten uległ skażeniu, w Chrystusie jednak został odnowiony. Z tego, co cielesne, korzystaj we właściwy sposób, tak jak korzystasz z ziemi, morza, nieba, powietrza, źródeł i rzek. Za wszystko, co godne podziwu i piękne, sław i wielbij Stworzyciela.

Zmysłem wzroku obejmuj naturalne światło, ale też z całą gorącością ducha przyjmij to Światło, "które oświeca każdego człowieka, gdy na ten świat przychodzi". O Nim to mówił Prorok: "Spójrzcie na Niego, a rozpromienicie się radością i oblicza wasze nie doznają wstydu". Jeśli bowiem istotnie jesteśmy świątynią Bożą i Duch Boga mieszka w nas, zatem to, co się mieści w duszy każdego z wierzących, jest daleko ważniejsze niż to, co podziwiamy na niebie.

Ukochani, nie chcemy wam nakazywać albo zalecać, abyście gardzili dziełami Boga; nie chcemy, abyście sądzili, iż cokolwiek z tych dóbr, które dobry Bóg stworzył, przeszkadza w czymkolwiek waszej wierze. Chcemy natomiast, abyście każdym rodzajem stworzenia, każdym pięknem tego świata posługiwali się rozumnie i z umiarem. "To bowiem, co widzialne - powiada Apostoł - przemija; to zaś, co niewidzialne, trwa na wieki"..." (św. Leon Wielki)



 


wtorek, 16 marca 2021

constans

Najwięcej znaczą te łzy, których nikt (poza Bogiem) zrozumieć nie potrafi. (M)


Moje przyjaciółki...

nienawidzą

samotności

Nie lubią rutyny

Najlepiej czują się na scenie

Wśród pochwał: oklasków, lęku

- które nadają im "znaczenie"

Inteligencja, Pieniądze, Władza

...chwile "szczęścia"

Niezliczone


Wszystko marność


Bo tylko Ty...

ciągle ten sam

Święty, Święty, Bliski

- dla mnie samego -

Pamiętasz - nie licząc

który to już "ostatni raz"

...Kochasz


Wielki Post 2021

inspiracja: ks. Pawlukiewicz "Przestań się martwić głupotami i zacznij żyć"

muzyka: HAEVN - Hold on




poniedziałek, 22 lutego 2021

Interrr mmmedium (w oparach renesansu)

 Farsa – odmiana komedii, w której łatwowierni bohaterowie zostają wciągnięci w serię coraz bardziej nieprawdopodobnych, niewygodnych lub kompromitujących wydarzeń. Sytuacje te najczęściej są spowodowane wadami bohaterów, takimi jak np. próżność, sprzedajność lub chciwość. (Ciocia Wiki) 

...Tyrani, uważani za reprezentantów nieistniejących republik, szukają legitymacji swojej władzy gdzie indziej, poza Kościołem i poza prawem. Szukają jej w poezji i w sztuce, na obszarach od Kościoła i łaciny bardzo odległych. Proces przygotowywania gruntu pod renesansową eksplozję malarstwa i rzeźby, które ma przekonać Italię i świat cały, że władza ziemska jest ważniejsza niż boska trwał 150 lat. I zakończył się pełnym sukcesem. My dziś nie rozumiemy z tego sukcesu nic, albowiem wierzymy, że sztuka i kultura podlegają ewolucji, tak jak rzekomo podlega jej świat istot żywych. Jedno zaś wynika z drugiego, a renesans pojawił się dlatego, że ludzie mieli dosyć tyranii Kościoła i uniwersytetu gdzie dominowała scholastyka. To są brednie. To feudalizm znany z Francji i Hiszpanii był systemem gdzie rozkwitała wolność, a nie rzekomy republikanizm włoski, który doprowadził, już w XIV wieku do ograniczeń paszportowych, egzekwowanych z całą surowością. Poezja zaś, obrazy i rzeźby produkowane poza Rzymem w XV wieku miały służyć umocnieniu władzy tyranów wywodzących się wprost z rodzin mauretańskich sprowadzonych do Italii przez Fryderyka Hohenstaufa. Ludzie ci, odcięci od tradycji przodków, stworzyli swoją własną, opartą na pieniądzu i wzorach, które narzucili innym, a wywiedli z pism autorów antycznych przefiltrowanych przez system muzułmański. Wiarę zaś w Boga w trójcy jedynego zamienili na okultyzm. Nie mieli bowiem już swoich kapłanów, a w coś musieli wierzyć, albowiem konkurencja do władzy była mordercza i sama poezja połączona z malarstwem nie wystarczała wielokrotnie do tego, by utrzymać przy niej tyrana. Musiał mieć on jakiegoś sojusznika z zaświatów. I tym był – o czym Jackob Burckhard, szwajcarski protestant, nienawidzący Rzymu, pisze wprost – szatan. Renesans nie jest żadnym odrodzeniem. Jest upadkiem wszystkiego i powstaniem nowego potwornego systemu, który w XVI wieku został na szczęście zablokowany, ale zło które przyniósł rozprzestrzeniło się po całej Europie. Kult zaś oddawano mu w różnej formie przez całe stulecia... (Gabriel Maciejewski)

...było na jego początku

w połowie błyszczące

 jak lustro weneckie

dwojgiem niewinnie pokrzywionych twarzy

które miały wi(e)dzieć dalej

jak horyzont raju

 

...od minus nieskończoności

do pierwszego zwątpienia - zera

śliski i gęsty splot konsekwencji

matematycznie niepoliczalnych

absolutnie nieprawdopodobnie

wysublimowana

inteligencja

Okazała się głupotą

 

...do plus nieskończoności

tak strasznie blisko prawdy

i z każdą mikrosekundą

coraz dalej

obrażona po czubek języka

na Miłość (roz... szczepionego)

Rechocze pi JA na

...zawsze pierwsza

 

Ale to T R Z E Ź W I

radować się będą

Bo chcą wiedzieć co czynią

...tu i teraz...

Nie dla lajków

paląc kadzidło

Za rozłam

 

Luty 2021

Willyecho - Smoke 


W walce o człowieka zintegrowanego 2. Siły własne (w wolnym sojuszu z Duchem)

  Brian Jekel - Uzdrowienie Ślepca

Dotyk miłości.
Język nienawiści.
Kłamstwo.
Prawda.
Krzyk.
Milczenie.

W głąb
ciemności?

Czy bliżej
światła?

Wybór
nas
s t w a r z a.

Maria Rochowicz "Zniewoleni wolną wolą"

*

...Nasze oczy widzą to, co chce widzieć nasze serce... (ks. Piotr Pawlukiewicz)

**

"...Dzięki wolności możemy wybierać to, co sami uważamy za dobre. Przy czym każdy taki wybór jest naznaczony niepewnością, jest rodzajem ryzyka. Wybierając, uczymy się zarówno sami siebie, jak i tego, czym jest życie i co je buduje. Jeżeli tylko żyjemy przytomnie, złe wybory niosą ze sobą złe doświadczenia, a te uczą nas ostrożności, mówią, czego nie należy robić na przyszłość. Natomiast dobre wybory wskazują na to, co należy robić. Wybór, jakiego dokonujemy, jednocześnie jest wyborem własnej tożsamości. Niezmiernie ważne jest, abyśmy mieli tego świadomość, że wybierając coś, wybieramy jakąś określoną wartość, a przez to wybieramy siebie, czyli swoją tożsamość. W życiu potrzebna jest zasadnicza przytomność pozwalająca uchwycić przyczyny tego, co się w nas dzieje, abyśmy nie zmarnowali doświadczenia, jakie nabywamy, doświadczenia, które czasem jest dla nas bardzo trudne i kosztowne" (Włodzimierz Zatorski OSB)

"Dar wolności a tajemnica nieprawości"

***

"...Nie do końca wiemy, jak to jest, że człowiek podąża za złem; czy bierze ono początek z niego, czy jest zawsze owocem pokusy zaszczepionej przez złego ducha. Jesteśmy niejako na granicy tych dwóch rzeczywistości, i właśnie tę niepewność, to rozchwianie, próbuje ująć w swej nauce Ewagriusz.

Nasz autor dzieli myśli na trzy grupy. Do pierwszej należą: obżarstwo, nieczystość i chciwość, do drugiej zaś: smutek, gniew i acedia; do trzeciej przynależą najbardziej zgubne – próżna chwała i pycha. W sześciu pierwszych zawiera się historia człowieka, który przyjął konsumpcyjne podejście do życia. Dwie ostatnie mówią nam o kimś, kto niesłusznie uważa się za mistrza duchowego i coraz bardziej traci kontakt z Bogiem i ludźmi, pogrążając się we własnej „doskonałości”. Zapewne podział ten łączy się jakoś z wizją duszy ludzkiej. Pontyjczyk uważał, że dzieli się ona na dwie części: racjonalną i nieracjonalną, a nieracjonalna składa się z dwóch elementów: pożądliwego i popędliwego. Co to oznacza? Nie wnikając w źródła, a uwzględniając ważny skądinąd kontekst tradycji, z której nasz autor czerpał, oraz nieco upraszczając problem, możemy powiedzieć, że część racjonalna duszy w dużej mierze łączy się z całą świadomą sferą działalności człowieka, natomiast część nieracjonalna to sfera podświadoma. Część pożądliwa dotyczy ludzkich pragnień, natomiast popędliwa (niektórzy piszą: gniewliwa) to te siły w człowieku, które odpowiadają za sprzeciw, walkę, dochodzenie swego. Podkreślmy od razu, że żaden z tych elementów nie jest według Ewagriusza zły ani dobry. Pontyjczyk uważał, że można z nich korzystać w sposób właściwy (np. pragnąc Boga i sprzeciwiając się złu) bądź niewłaściwy (kiedy np. ktoś pożąda za wszelką cenę władzy i dąży do niej po trupach). Niektórzy badacze sądzą, że pierwsze trzy myśli dotyczą sfery pożądliwej, trzy kolejne gniewliwej a dwie ostatnie są tymi, które atakują racjonalną część duszy...

...Jaka jest różnica pomiędzy grzechem a złą myślą? Przez grzech rozumiemy konkretny czyn, jednostkowe wydarzenie, które dokonuje się „myślą (w sensie świadomego pragnienia popełnienia złego czynu, planowanie, w jaki sposób można go zrealizować), mową, uczynkiem i zaniedbaniem” – jak to mówimy podczas Mszy Świętej. Natomiast zła myśl to korzeń, z którego zły czyn wyrasta. (...) Grzech jest zawsze jakąś formą mirażu, kłamstwem, fałszywym wizerunkiem szczęścia. Pierwszym krokiem jest zatem wysiłek, aby spojrzeć na świat taki, jaki on jest naprawdę i zobaczyć długofalowo konsekwencje wyborów, które podejmujemy..." (Szymon Hiżycki OSB)

tu polecam, w zasadzie cały cykl wykładów o Szymona "Rekolekcje ze sw Janem Kasjanem", dla uzupełnienia tego wszystkiego co planuję "zamknąć" (choć w miarę pochłaniania kolejnych informacji wiem że to będzie zaledwie draśnięcie) w trzech notkach, ale trzymając się myśli przewodniej, dla wyjaśnienia o co chodzi z tym "ciałem". Wszak raz Paweł mówi że to z ciała całe zło, a innym razem że nie walczmy przeciwko ciału. Że nie chodzi tu nawet o (często błędnie rozumiane i praktykowane) umartwienia, ascezę. I dlaczego czasem, nawet w miarę postępów, czujemy się w walce osamotnieni albo tracimy zapał. Ma to często związek z naszym błędnym wyobrażeniem na temat wydarzeń, siebie i innych ludzi. Przesada, bo o nią tu chodzi, jest zawsze wrogiem, bo tworzy fałszywy obraz (a przez to osąd) rzeczywistości. Konieczne jest działanie zgodne z naturą rzeczy, dobrze rozumianą i nie myloną ze skłonnościami, na miarę naszych umiejętności, z uwzględnieniem możliwości porażki, chęci poznania przyczyny, i co wtedy należy zrobić. Oto cześć 7

"...Praktykowany umiar uwalnia od wielu trosk i niepokojów. Jest owocem właściwej hierarchii wartości. Jest efektem panowania nad sobą, swoimi namiętnościami, słabościami. Pozwala odróżnić to, co ważne, od tego, co nieistotne. Powstrzymuje przed popadnięciem w zniewolenie. Jest owocem badania siebie i poznania siebie. Daje wolność.

Brak umiaru powoduje przywiązywanie się. Początkowo może być ono mało widoczne, wręcz niezauważalne. Z czasem jednak może doprowadzić nawet do nałogu czy zniewolenia czymś. Odbiera zatem wolność i panowanie nad sobą. Przywiązywanie się skutkuje popadnięciem w trudności. Jakie one będą, to już będzie zależeć od stopnia przywiązania.

Zadziwiające jest to, że człowiek może winić Boga za popadnięcie w stan przywiązania. Dlaczego tak się dzieje? Wynika to ze zbłąkania i braku racjonalnej oceny rzeczywistości. Człowiek poddany mechanizmowi przywiązania nie jest wystarczająco wolny, aby trzeźwo widzieć i oceniać rzeczywistość. Wtedy zaczyna szukać winnych tego, co niedobrego dzieje się w jego życiu..." (Brunon Koniecko OSB)

"...wrogie siły dążą do zmącenia jedności sądu człowieka, prostej pewności płynącego z wiary wartościowania, aby dzięki temu zamgleniu złamać opór jego woli. (...) komplikowanie obrazu rzeczywistości, wydobywanie innych aspektów rzeczy, uwypuklanie pozorów dobra, łagodzenie ostrości wizji zła, aby za wszelką cenę zniszczyć prostotę nieskazitelności, która jest mocą dzieci Bożych. Najbardziej obawia się szatan prostoty, która nazywa rzeczy po imieniu i wyraża się postawą moralną jasną i jednoznaczną..." ("Komentarz do Listu do Efezjan" Piotr Rostworowski OSB)

...Otrzymaliśmy od Boga panowanie nad sobą, znoszenie przeciwności, powściągliwość, wytrwałość, wytrzymałość i im podobne, wielkie i doskonałe własności, aby wspomogły nas w walce z przeciwnościami stamtąd oraz abyśmy mogli stanąć z nimi do walki i stawić im opór. I ilekroć tylko ćwiczymy te własności oraz mamy je do swojej dyspozycji, nie uznajemy niczego, co nam się zdarza, za ciężkie, bolesne czy nie do zniesienia. Rozumiemy, że wszystko, co ludzkie, zwycięża się cnotami, które są w nas. Nie pojmują tego ci, którzy mają nierozumną duszę, bo nie rozumieją też, że wszystko dobrze i należycie dzieje się na nasz pożytek, aby zalśniły nasze cnoty i abyśmy zostali uwieńczeni przez Boga" (Pseudo-Antoni Wielki)

"...Chodzi o rozjaśnienie rzeczywistej natury albo intencji czegoś lub kogoś, chodzi o rozdzielenie tego, co jest pomieszane i powoduje zamęt, aby można było ocenić wartość rzeczy, zanim podejmie się decyzję.

Święty Paweł zachęca, aby wszystko badać (por. 1 Tes 5,21). Chodzi więc o to, aby być człowiekiem rozumnym, nie brać wszystkiego jako dobrą monetę, aby nie być naiwnym, aby używać rozumu, aby żyć refleksyjnie, aby nie zdawać się tylko na innych, pozbawiając się odpowiedzialności za własne postępowanie, zachowanie czy wybory. To nie unikanie życia, ale wychodzenie jemu naprzeciw. To troska o życie, o prawdę, o piękno, o dobro, o to, co służy człowiekowi.

Rozeznawanie pomaga osądzić, co „odpowiednie i pożyteczne, co jest właściwe i pomocne dla duszy, a co jest jej obce”. Dzięki temu można uniknąć rzeczy szkodliwych dla duszy. Nikt nie chce sobie szkodzić. Zatem powinien podjąć wysiłek i trud zbadania tego, co jest dobre i pożyteczne. Wcześniej jednak jest podjęcie refleksji nad sobą. Nie wszyscy w sposób właściwy to czynią, zadowalając się niewieloma rzeczami. Rozwój człowieka jest niemożliwy bez dojścia do tworzenia dobra i służenia prawdzie. Życie w obłudzie, kłamstwie zwróci się kiedyś przeciwko samemu człowiekowi..." (Brunon Koniecko OSB)

Bo: nie zbiera się winogrona z ciernia. Oraz: Dobry człowiek z dobrego skarbca swego serca wydobywa dobre rzeczy, a zły człowiek ze złego skarbca swego serca wydobywa złe rzeczy. Z obfitości serca bowiem mówią jego usta...

...Jest zaś rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne... (Z listu św Pawła do Galatów)

"...Jakie są owoce mojego działania? Co z niego pozostaje: niepokój, lęk, czy odwrotnie pokój i radość? Tutaj bardzo istotne jest otwarcie, które polega na zgodzie, by zostało osądzone moje serce, po prostu na zgodzie na głos sumienia. Pragnienie usprawiedliwienia siebie jest ogromną siłą, która chce zagłuszać wszelką krytykę i osąd, a tym samym sumienie. Ma ona różne formy i charakter: zaprzeczenia faktom, tłumaczenia swoich intencji, oskarżania innych, chowania się za literą prawa... Niemniej ucieczkę zawsze zdradza niepokój..." (OSB Włodzimierz Zatorski)

"... Życie jest ciągłym podejmowaniem różnych decyzji. Często są one bardzo trudne i nieraz nie wiemy, co mamy zrobić. Szukamy różnych podpowiedzi, a nawet wolelibyśmy, żeby to ktoś za nas zadecydował.

Życie duchowe również wymaga decyzji, a wręcz jej ponawiania każdego dnia. Jeżeli zaczynasz iść błędną drogą – wtedy rodzi się w Tobie niepokój. Jeżeli czujesz w sobie pragnienie powrotu, to jest dobra reakcja.

Wtedy najlepiej zacząć szukać śladów Bożej obecności. Nieraz ciężko jest je dojrzeć. Ale wytrwałość i cierpliwość zaowocują odnalezieniem właściwej drogi. Bo idąc po śladach Boga dojdziesz do zbawienia..." (ks. Marek do Ps.85)

"... Bóg upomina nas wszelkimi możliwymi drogami i na wszelkie możliwe sposoby. Także i przez zastrzeżenia, które do nas mają najbliżsi. Szukając Boga całym sercem, musimy także i ten sposób Jego przemawiania, Jego upominania, wziąć pod uwagę. Inaczej to już nie jest szukanie całym sercem.

Człowiek, który przywykł albo który właśnie się uczy rozpoznawać upomnienia Pańskie, znajdzie je w lekturze i w konfesjonale, w uwagach otoczenia i w przypadkowo usłyszanej rozmowie obcych ludzi w autobusie. Po prostu dlatego, że ma sumienie wyczulone i że zależy mu na tym, żeby upomnień Pańskich nie przegapić. I tak jakoś dziwnie jest, że kto upomnienia Pańskie dostrzega i wychwytuje, ten je także i zachowuje, przynajmniej w jakiejś mierze, przynajmniej się stara, przynajmniej po trosze, po kawałku, byleby w stronę Pana..." ("Petronela, czyli uwagi monastyczne o Psalmie 119. Część I" Małgorzata Borkowska OSB)

Niektórzy potrafią "ocenić" człowieka (a w zasadzie swoją wobec niego pozycję) po samym wyglądzie. Tymczasem dopóki czegoś (nie) zrobimy, lub (nie) powiemy, jesteśmy tak dla siebie jak innych misterium. Kim jesteśmy, a raczej kim się stajemy (okazujemy) w konkretnych okolicznościach, dkrywamy/poznajemy po owocach naszej aktywności, którymi - choć dzieją się w relacji w drugim człowiekiem - najbardziej "częstujemy" siebie. Owo pozycjonowanie się wobec ludzi/sytuacji/własnych myśli, dokonuje się w oparciu o system tzw. "wartości". Tak oto zachodzący w nas, niewidzialny proces, ma realne przełożenie na rzeczywistość widzialną, wobec której z kolei, pozycjonują się i kształtują inni ludzie... Poczucie bycia spozycjonowanym Dobrze, tak we własnych "oczach" jak i oczach innych (tj. przełożenie go na relację), jest fundamentalną potrzebą każdego człowieka. Bez niego, życie wśród ludzi, zwłaszcza takich których bliskości pragniemy, traci bardzo dużo ze swego sensu (smaku).

Z drugiej strony leży potrzeba akceptacji, która bywa tak pożądana, że dla niej samej, człowiek jest zdolny do nadawania wartości temu (lub przyjmowaniem za wartość tego) co nią nie jest, byle tylko zostać wciągniętym na listę akceptacji przez innych... Wtedy dochodzi do rozdarcia, poczucia "zniewolenia", i buntu przeciwko dobru.

Bo jedno jest tylko prawo, według którego rozróżniamy co jest wartościowe a co nie. I nie da się go w żaden sposób nagiąć do żadnej innej potrzeby. Nie zależy od tego "co uważamy" ani "co nam się wydaje, że wiemy". Nie wmówimy sobie ani innym (a zwłaszcza umieszczonemu w nas i nieusuwalnemu oku Bożemu) że to co zrobiliśmy, powiedzieliśmy (lub dopiero zamierzamy), było, jest czy będzie dobre, i że w taki sposób należy nas "odbierać". Jeśli wiemy jaka jest prawda to przed nią nigdzie nie uciekniemy.

...Gdzież się oddalę przed Twoim duchem? Gdzie ucieknę od Twego oblicza?Gdy wstąpię do nieba, tam jesteś; jesteś przy mnie, gdy się w Szeolu położę. Gdybym przybrał skrzydła jutrzenki, zamieszkał na krańcu morza: tam również Twa ręka będzie mnie wiodła i podtrzyma mię Twoja prawica. Jeśli powiem: «Niech mię przynajmniej ciemności okryją i noc mnie otoczy jak światło»: sama ciemność nie będzie ciemna dla Ciebie, a noc jak dzień zajaśnieje: mrok jest dla Ciebie jak światło...

Tego prawa nie da się oszukać. I tylko zgodne z nim reagowanie sprawia że czujemy się dobrze ze sobą (sumienie nam niczego nie wyrzuca). Ponadto wiemy, że nie tylko my temu prawu podlegamy, "instynktownie" szukając jego przejawów u innych ludzi. Jest to więc zasada obiektywnie wartościująca, a z racji na wyjątkową słodycz owoców jakie daje stosowanie się do niej, pożądana... Niesamowity sojusz przymusu, ze słodyczą poddania się jemu. Absolutna szczerość. Wielu, jak się ich zapyta, twierdzi że tego właśnie szuka u innych ludzi i sami tacy być pragną, i to jest zapewne prawda. Taka jest nasza natura. Ale częściej jest tak że żądamy jej od innych, samemu chowając co się da, i akceptujemy/przyjmujemy ją do wiadomości, chcemy słuchać, tylko wtedy kiedy jest dla nas wygodna, i zgodna z oczekiwaniami.

Dlaczego jesteś smutny i dlaczego twarz twoja jest ponura? Przecież gdybyś postępował dobrze, miałbyś twarz pogodną; jeżeli zaś nie będziesz dobrze postępował, grzech leży u wrót i czyha na ciebie, a przecież ty masz nad nim panować (Rdz 4,6n).

Powiedzmy sobie szczerze... Dużo łatwiej jest ulec przyjemności, nawet tej rozpoznanej jako grzech, jak ją odrzucić. Tym chętniej, jeśli już od dawna praktykujemy "to coś" jako "smaczny owoc". Sumienie staje się wtedy tylko irytującym i żałosnym popiskiwaniem. W jego miejsce słuchamy super ego, zawsze gotowego dostarczyć nam kolejnych racji i  argumentów. Tak do uczynków jak i mowy, oraz konformizmu zaniedbania w jedynym i drugim. Wyrzucanych z siebie codziennie, od lat, bez zastanowienia, nieskończoną ilość razy. Bezmyślny automatyzm, tym łatwiejszy jeśli "wszyscy" wokół robią dokładnie tak samo. Albo milcząca obojętność, tresowana kiedyś na małych (niewinnych) krzywdach, by móc przełknąć coraz większe. Z drugiej zaś strony bezlitosna pogarda dla tych, którzy cierpią dokładnie na to samo ukąszenie... Kim ja jestem?! Czy jestem naprawdę inny (wyjątkowy)?

...W ateistycznym i gwałtownie antychrześcijańskim humanizmie Oświecenia wolno widzieć skrajny pelagianizm, skrajną negację grzechu pierworodnego i nieograniczoną afirmację naturalnej dobroci człowieka. Można ponadto sądzić, że zatarłszy ślady swego pochodzenia, humanizm ten, w postaci totalnej negacji granic, jakie mogłaby napotykać nasza swoboda ustanawiania kryteriów dobra i zła, pozostawił nas w końcu w tej próżni moralnej, którą dziś rozpaczliwie usiłujemy wypełnić, że obrócił się przeciwko wolności i dostarczył pretekstów do traktowania osób jako narzędzi...

Wydaje się, że ta refleksja Leszka Kołakowskiego dobrze oddaje to, co się obecnie dzieje w kulturze europejskiej. Niemniej ten problem jest przede wszystkim problemem każdego z nas. Bez uświadomienia sobie go możemy być wręcz niebezpieczni dla nas samych i dla innych i to w kontekście ostatecznym. Tajemnicę naszej nieprawości najlepiej chyba w Piśmie Świętym opisał św. Paweł w siódmym rozdziale Listu do Rzymian..." (Włodzimierz Zatorski OSB)

... łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka. A zatem stwierdzam w sobie to prawo, że gdy chcę czynić dobro, narzuca mi się zło. Albowiem wewnętrzny człowiek [we mnie] ma upodobanie zgodne z Prawem Bożym. W członkach zaś moich spostrzegam prawo inne, które toczy walkę z prawem mojego umysłu i podbija mnie w niewolę pod prawo grzechu mieszkającego w moich członkach. Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, [co wiedzie ku] tej śmierci? Dzięki niech będą Bogu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego! (Z listu do Rzymian św Pawła)

Uznając prawdę o Bogu, świecie i nas samych, przenosimy się na inny poziom życia, gdzie pokusy już nie mają dostępu.Tak to ziemia pokornych wolna jest od sideł nieprzyjaciela. Tak – bo one czerpią swą siłę z kłamstwa i zwodzenia nas pozorami dobra i zła. Kto sprawy nazywa po imieniu, kto jest pokorny, ten jest niedosiężny dla pokusy... (Szymon Hiżycki OSB)

Nie zachowując niczego dla siebie, ale całkowicie oddając Bogu, (w sakramencie pojednania) nasze najskrytsze tajemnice i pragnienia, pozbawiamy je niezwykłości, wyjątkowości (którą lubimy się pieścić, chwalić przed sobą, samobiczować), ciężaru gatunkowego, i znaczenia "potrzeby". Palący wstyd  który nami pomiatał z powodu słabości, i świadomości zakłamania, zamienia się w siłę zrozumienia i pogodzenia z przeszłością. Rodzi się też wdzięczność za doświadczenie, które nas ostatecznie przemieniło. Pojawia się łagodność dla ludzi z podobnymi do nas problemami. Gotowość do przebaczenia sobie i innym. Prawdziwie Boska cnota - Miłosierdzie

..."przebaczyć sobie” może oznaczać pełen ufności gest zgody na to, by Ktoś będący prawdą był naszym sędzią. Mówiąc jeszcze inaczej, pozwolić Bogu, by mógł nam przebaczyć i by nas kochał niezależnie od fałszywego poczucia winy wytwarzanego przez wymyślony ideał, fałszywe „ja”. Ten gest należy do najtrudniejszych w życiu człowieka, bo oznacza on śmierć naszej pychy, dumnego mniemania, że jesteśmy jedynymi sędziami samych siebie. „przebaczyć sobie” oznacza: wypuścić z ręki wyniosłe, absolutnie władanie sobą i oddać się w dziecięcym geście w ręce Boga-Ojca, pozwolić Mu, by nam przebaczył... (Włodzimierz Zatorski OSB)

Otwierają się nam oczy. Zaczynamy dostrzegać piękno w innych ludziach, otaczającym świecie. Odkrywamy, i przywracamy do życia naszą godność. Czujemy się wolni i jakby wyłączeni z chaosu, który dzieje się wokół nas. Spokojni. Zaczynamy żyć czymś innym, i pragniemy tego samego dla innych. Rozumiemy już co znaczą słowa: Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym. Przychodzić nie przestanie, ale my nie podejmujemy z tym współpracy. Co najwyżej staje się narzędziem (okazją) do wzrostu, potwierdzenia naszej naturalnej skłonności do cnoty, i do dziękczynienia Stwórcy wszystkiego we wszystkim, za mądre doświadczenie. Albo też, jeśli posiadamy ten Boży spryt (bądźcie więc roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie) próbujemy, to co rozpoznaliśmy jako pokusę, wyzyskać ku dobremu. 

Pragniemy wytrwać w tym stanie. W wierności prawu, które dotychczas wydawało się opresyjne, i niemożliwe do wypełnienia wobec ogromu natarczywości pokus. Przymus staje się wolną wolą. Równie łatwą, naturalną, a wręcz niezbędną, jak oddychanie... Owocem takiego "stanu ducha" są: 

...miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność,łagodność, opanowanie. Przeciw takim [cnotom] nie ma Prawa. A ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje z jego namiętnościami i pożądaniami...

...i trzeba tylko uważać na zagrożenie płynące z poczucia zwycięstwa i wyśmiewania słabości, w których tak jak my kiedyś, ciągle tkwią inni ludzie. Obnoszenie się z chwałą "duchowych mistrzów", należną wyłącznie Bogu, i przypisywanie wszystkiego wyłącznie "silnej woli" jest prostą drogą do naszego upadku i zgorszenia słabszych. Bo skoro zwycięstwo jest moją zasługą, to łatwo wpędzić innych ludzi, którzy nie są i nie będą nigdy mną, w zazdrość lub zniechęcenie...

... Mając życie od Ducha, do Ducha się też stosujmy. Nie szukajmy próżnej chwały, jedni drugich drażniąc i wzajemnie sobie zazdroszcząc...

Wszyscy "zwycięzcy" muszą sobie wbić do głowy przestrogę Pana naszego Jezusa: 

...Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was.Wytrwajcie we Mnie, a Ja [będę trwał] w was. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie - jeśli nie trwa w winnym krzewie - tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy - latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić...

Najważniejszym bowiem owocem Ducha Świętego w nas, będącym jednocześnie najsilniejszym ze "środków bojowych" przeciwko każdej złej myśli/duchowi jest pokora (czyli stawanie zawsze w prawdzie o sobie), i wrażliwość na utrapienie słabszych. Które w ramach Bojaźni Bożej (specyficznego wyczulenia a nie lęku) będą nam przypominać o tym, że ciągle jesteśmy narażeni na upadek. Bez wsparcia, tj. bliskiej relacji z Ojcem - źródłem cnót, i naszego zwycięstwa, nie damy po prostu rady wszystkim subtelnym zasadzkom przeciwnika. To jest inteligencja daleko przekraczająca nasze własne umiejętności rozpoznawcze, która by osiągnąć dalekosiężny cel, a jest nim wbicie klina między Boga a człowieka, potrafi wykorzystać nawet dobrą intencję... bo widzi po naszych reakcjach (aktach woli) jakim skłonnościom ulegamy i jakich argumentów w związku z tym nam dostarczyć byśmy ulegli... To prawda że zły jest głupi jak but, bo z Bogiem nikt nie wygra, ale na nas jego głupota wystarczy z okładem. Zwłaszcza że charakteryzuje się nachalnością i bezczelnością. Chodzi mu o pochwycenie woli, i upokorzenie w rozpaczy na wieczność każdego jednego egzemplarza, stworzonego "na obraz i podobieństwo" Boga. Nie cofnie się przed niczym, aby tylko wciągnąć człowieka do swojej gry.

...Dlatego zginam kolana moje przed Ojcem,od którego bierze nazwę wszelki ród na niebie i na ziemi, aby według bogactwa swej chwały sprawił w was przez Ducha swego wzmocnienie siły wewnętrznego człowieka... (z listu św Pawła do Efezjan)

"...Bóg nie chce wszystkiego za nas robić – stworzył nas po to, byśmy z Nim współdziałali; jesteśmy Jego sługami w zaradzaniu potrzebom pojawiającym się w życiu. Bóg nie chce nam narzucić zbawienia, uwolnienia od zła – bez naszej woli i naszego udziału. Gdyby to zrobił, tym samym odebrałby nam wolność, największą wartość, jaką zostaliśmy przez Niego obdarowani. Zamiast partnerami, bylibyśmy Jego niewolnikami.

Ale On nie tylko wskazuje drogę zbawienia i mówi, co mamy robić, ale sam staje się jednym z nas w walce ze złem! Dlatego opowiada się po stronie człowieka pokrzywdzonego, ubogiego, słabego. W odpowiedzi na pytanie o Jego rolę wobec zła na świecie, staje jako Człowiek, słaby i ubogi, po stronie dobra. Przyjmuje na siebie cały ciężar zła i grzechu, aby na krzyżu je pokonać. W ten sposób nie odbiera nam wolności. Wzywa, ale nie narzuca, wzywa do tego, abyśmy poszli Jego drogą..." (o Włodzimierz Zatorski)... Tylko w tym sojuszu zwyciężymy.

River (Leon Bridges) by Keara Graves

Owca - Psalm 131




W walce o człowieka zintegrowanego 1. Siły przeciwnika (w sieci złych myśli)

Franciszek Żmurko - Przeszłość grzesznika

Z racji tego, że nie znam lepszej (pod względem spójności tak teorii jak i praktyki) wizji człowieka zintegrowanego, od tej jaką wypracował swoją tradycją Kościół Katolicki, posłużę się jego dorobkiem. Przede wszystkim z uwagi na związane z nim pojęcie "godności osoby ludzkiej", jako niezbywalnego i niezależnego prawa z racji samego istnienia, często wbrew różnym interesom które wolałyby sprowadzić człowieka do rangi przedmiotu (klienta/petenta/konsumenta). Zapraszając w ten sposób do specyficznego rodzaju wspólnoty, dzieci bożych, nawet wtedy, kiedy wokół siebie i sobie samemu, robi człowiek (niczym dziecko właśnie) mnóstwo szkody, a w konsekwencji zostaje przez świat odrzucony, lub w inny sposób pozostawiony samemu sobie z tym co świat go "nauczył". Do wspólnoty nadzieji... bo tym jest Kościół. Dostępnej każdemu, kto w jakimś momencie swojego życia przyznaje, że jego dotychczasowy sposób "reakcji" na rzeczywistość, był po prostu dla niego samego (i dla innych) szkodliwy. Dlatego na początek fragment owej "doktryny" (z listu św. Pawła do Efezjan):

...Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, On napełnił nas wszelkim błogosławieństwem duchowym na wyżynach niebieskich - w Chrystusie. W Nim bowiem wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem. Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swej woli, ku chwale majestatu swej łaski, którą obdarzył nas w Umiłowanym.
W Nim mamy odkupienie przez Jego krew - odpuszczenie występków, według bogactwa Jego łaski. Szczodrze ją na nas wylał w postaci wszelkiej mądrości i zrozumienia, przez to, że nam oznajmił tajemnicę swej woli według swego postanowienia, które przedtem w Nim powziął dla dokonania pełni czasów, aby wszystko na nowo zjednoczyć w Chrystusie jako Głowie: to, co w niebiosach, i to, co na ziemi...

Bez dopuszczenia do świadomości tego, co o naszym pochodzeniu Paweł pisze, samo rozpoznanie zjawisk jakie mają w nas miejsce nie pomoże nam się nimi skutecznie zająć. Kultywowanie "wiary" wyłącznie we "własne siły", prędzej czy później zakończy się obnażeniem ile są warte - rozczarowaniem sobą. Nawet znaczne postępy w dyscyplinie czy ascezie (której celem nie jest hartowanie siły ale świadomość własnej słabości i szukanie dla niej oparcia w Bogu), zwłaszcza bez miary, oparte wyłącznie na "szlachetnym uporze", a zwłaszcza ambicji udowodnienia "czegoś" sobie i innym, w pewnym momencie zamieniają się w ciężar nie do udźwignięcia, a im wyżej człowiek swój tron postawi, i zapatrzy się w obraz o sobie, tym boleśniejszy będzie upadek. Na co przykładów, jeśli nie w swoim życiu, to u innych ludzi (zwłaszcza tych co zaznali tego szoku i teraz lojalnie ostrzegają) jest całe mnóstwo.

Nic tak bowiem nie zmusza do głębszej refleksji, nad tym co się do tej pory "znało" tylko z lektury, jak doświadczenie "teorii" na własnej skórze. Stąd zaplanowałem cykl notek, mających w jakimś stopniu uporządkować nabytą, a do tej pory jakoś chaotycznie i po łebkach traktowaną, wiedzę. Zacznę od identyfikacji przeciwnika tytułowego człowieka zintegrowanego (ergo "szczęśliwego"), czyli "czegoś" co ten stan (życia) zakłóca. To znaczy doprowadza do specyficznego rozdarcia (poczucia nieszczęścia).

Wszystko co myślimy/robimy, co się z nami dzieje (w wielu wymiarach tego co nazywamy życiem) jest reakcją/odpowiedzią na bodźce działające na nas bezustannie z zewnątrz i od środka. Jest to prosta konsekwencja naszego istnienia jako osób fizycznych, ale zwłaszcza duchowych (świadomych swego istnienia) bo to "w głowie" (a raczej w sercu) rozgrywa się wszystko... Zaczyna się od tzw. "myśli". Czasem ledwo zauważalnej (podświadomej lub nieświadomej) ale zawsze mającej "miejsce". Której albo pozwalamy się zagnieździć, i zaczynamy z nią "flirtować", albo natychmiast po rozpoznaniu odrzucamy.

Oto o. Szymon Hiżycki i fragmenty jego książki "Pomiędzy grzechem a myślą" którą z początku planowałem cytować w odcinkach, ale z racji na to że można ją sobie kupić (warta jest tego, a "robotnik swojej zapłaty"), to wykorzystałem  fragmenty już dostępne w internecie, uzupełniając je w niektórych miejscach cytatami o Włodzimierza Zatorskiego, oraz własnym krótkim rozwinięciem (w nawiasie):

"...Ewagriusz mówi o ośmiu złych myślach, czyli – innymi słowy – o ośmiu złych sposobach życia; mówi o tym, że nasze problemy, niejednokrotnie poważne, można rozwiązać na osiem złych sposobów. Pontyjczyk nie twierdzi, że to, czym zajmuje się zła myśl, jest nieistotne; mówi że to, w jaki sposób myśl rozwiązuje pewien problem, jest obciążone błędem..." (sugestii, autosugestii, mniemania, projekcji, domysłów, plotek, obmowy - na podstawie szczątkowej wiedzy o rzeczywistości, lub wprost z niechęci poznania prawdy, ze względu na jej "bolesność" dla własnego JA, stąd często widzimy w drugim człowieku, który próbuje do nas dotrzeć w prawdzie, agresora i wroga. Z drugiej strony jest pragnienie wiedzy w postaci pewności drugiej osoby, zupełnie nierealne do osiągnięcia, prowadzące do...patrz początek nawiasu)

"...Osią nauki nie jest walka z pojedynczymi złymi uczynkami, lecz refleksja nad tym, co jest ich przyczyną (...) Jest w sumie osiem głównych [złych] myśli, do których sprowadza się każda [grzeszna] myśl. Pierwsza jest myśl o obżarstwie, a po niej – o nieczystości. Trzecia jest [namową do] chciwości, czwarta – smutku, piąta – gniewu, szósta – acedii, siódma – próżnej chwały, ósma – pychy. Czy owe myśli dręczą naszą duszę, czy nie, to nie zależy od nas. Ale czy trwają, czy nie, czy wzniecają, czy też nie wzniecają namiętności, to zależy od nas..." (Żeby myśl została i rozwinęła się w coś więcej, musimy jej nadać jakieś ważne dla nas znaczenie. Pierwsze trzy mają naturę agresywną, kolejne trzy są pewnego rodzaju "wycofaniem", ostatnie dwie pojawiają się kiedy poprzednie zostaną przez nas pokonane, jako efekt zachłyśnięcia się "sukcesem")

Obżarstwo

"...Ci, którzy ulegają myśli obżarstwa, postrzegają świat, w którym żyją, jako wielką potrawę do spożycia. Świat nie jest dla nich pomocą w drodze do zbawienia, znakiem istnienia Pana Boga, ale raczej rzeczą, którą muszą skonsumować, czymś, co im się należy i może być przez nich słusznie „zjedzone”; słowem, to ludzie zawsze nienasyceni, niemający nigdy dość (...) Sądzę, że można mówić zarówno o obżarstwie w sensie dosłownym, tak jak rozumiemy je intuicyjnie, jak również o obżarstwie duchowym, opisanym przez św. Jana od Krzyża, gdy człowiek zainteresowany jest jedynie doznaniami duchowymi, nie zaś samym Bogiem; pragnie wizji, uczucia słodyczy płynącej z modlitwy (…) Istnieje również obżarstwo emocjonalne, gdy od innych ludzi oczekujemy jedynie uznania, poklasku, nigdy nie jest nam dosyć pochwał, jacy to jesteśmy znakomici, szczególni. To rabunkowe podejście do rzeczywistości; to nastawienie, które każe nam szukać jedynie sposobów na zaspokojenie chorych pragnień zrodzonych z naszych kompleksów i naszych zranień. Zawiera się w tym wielkie niebezpieczeństwo – takie obżarstwo prowadzi do zupełnej dewastacji życia na wszystkich jego poziomach. Osoba ulegająca złej myśli obżarstwa to ktoś niezdolny do rezygnacji z czegokolwiek, człowiek pozbawiony umiejętności wyrzeczenia..."

Nieczystość

"...jeżeli świata używamy w sposób czysto hedonistyczny, jeśli traktujemy go tylko jako potrawę do zjedzenia i środek do zaspokojenia moich pożądań, to nic dziwnego, że w podobny sposób będziemy traktować innych ludzi (...) Człowiek wskutek uwikłania się w tę myśl przestaje patrzeć na drugiego człowieka jak na kogoś, kogo można obdarzyć miłością, zaufaniem, przyjaźnią, a coraz bardziej zaczyna widzieć go i traktować jako przedmiot. Coraz bardziej zaczyna postrzegać go jako obiekt, który należy zdobyć i sobie podporządkować (uzależnić...) istotnym elementem nieczystości, analogicznie jak to ma miejsce w przypadku obżarstwa, jest nierealność pragnień i spędzanie dużej ilości czasu w sferze marzeń (...) Hodowanie w sobie niezaspokajalnych, bo nierealnych pragnień względem innych ludzi. O ile obżarstwo kusi nas wspomnieniami przeszłości, o tyle nieczystość chce nam pokazać, często na podstawie doświadczeń z przeszłości, możliwe doznania, które są na wyciągnięcie ręki (...) Nic dziwnego, że prowadzi to prosto do frustracji i smutku. (...) Nieczystością wbrew pozorom nie są zagrożeni głównie ludzie młodzi, ale przede wszystkim ci, którzy zaczynają odczuwać swoje życie jako coś, co coraz bardziej przecieka im między palcami – oto teraz ostatnia chwila, aby można było czegoś zaznać. Tykający głośno zegar – tak chyba trzeba wyobrazić sobie nieczystość. Wszystko to prowadzi do szybkiej utraty rozsądku i podejmowania decyzji na zasadach impulsu – popędu biologicznego..." (nieczyste i nieszczerze, wyobrażenia i traktowanie, siebie i innych)

Chciwość

"...jest syntezą dwóch poprzednich.Człowiek traktujący świat jako przedmiot, który musi wziąć w swoje posiadanie, oraz pod zgubnym wpływem demona nieczystości odnoszący się do innych ludzi w podobny sposób, ostatecznie zostaje opanowany przez nieumiarkowaną potrzebę posiadania: staje się studnią bez dna, czyli kimś, kto ma potrzeby nie do zaspokojenia, kto nigdy nie jest nasycony, kto jest szarpany ciągłym niepokojem. Chciwy nie uważa, że jego potrzeby nie mogą być zaspokojone na tym świecie, bo to jest cecha chrześcijanina, ale zachowuje się tak, jak gdyby jego głód musiał być zaspokojony tu i teraz – i to za wszelką cenę, po trupach. To jest ten moment, kiedy człowiek zaczyna tracić nad sobą kontrolę i nie potrafi wyznaczyć sobie granic. Tu nie chodzi o to, że kolejne pragnienia chciwca nie są zaspokajane. Chodzi raczej o to, że każde spełnione pożądanie niczym lokaj otwiera drzwi kolejnemu, jeszcze mocniejszemu pragnieniu, to z kolei następnemu itd. (...) w pewnym momencie osoba opanowana przez chciwość dochodzi do wniosku, że to, czego pożąda, nie jest uchwytne. Raz że nie może tego dostać, a dwa – zdaje sobie sprawę, że po pożarciu jednej rzeczy natychmiast rodzi się w nim pożądanie kolejnej; złe myśli są jak rak, który się w nim rozrasta, który prowadzi go, jak mówi Ewagriusz, aż do granic obłędu."

Gniew 

"...Zaczyna wzbierać w nas niechęć w stosunku do innych ludzi za to, że nie chcą nam się podporządkować, złość wobec świata, w którym żyjemy, że nie jest taki, jaki powinien być, wzbiera w nas złość na Pana Boga, że nie daje nam tego, czego potrzebujemy, złość na nas samych, że nie jesteśmy w stanie sobie poradzić z naszym życiem. (...) Ta zła myśl zaślepia, nie pozwala obiektywnie ocenić rzeczywistości i popycha nas do działań jak najbardziej irracjonalnych, które mają nas doprowadzić do zdobycia tego, czego najbardziej pożądamy lub do zniszczenia tego, czego posiąść nie możemy (...) Gniew nie jest stanem emocjonalnym - to, że się denerwuję na dziecko, które znów źle się zachowuje w szkole, nie jest gniewem w tym znaczeniu, jakie tej myśli nadaje Ewagriusz. Ulec myśli gniewu to znaczy świadomie hodować w sobie pragnienie zemsty za doznaną krzywdę, odmawiać pojednania z kimś, kto nas skrzywdził, uparcie rozważać doznane od innych zło. Z gniewem łączy się pogarda dla innych i niechęć do zajmowania się sprawami innych (...) spośród wszystkich złych myśli właśnie myśl gniewu najbardziej upodabnia człowieka do demona. To zaskakujące: może sądziliśmy, że bardziej demoniczne są nienawiść lub nieczystość, ale nie gniew. Ewagriusz mówi, że ten, kto ulega demonowi gniewu, jest podobny do tego, kto chce widzieć, ale wydłubuje sobie oczy własnoręcznie żelaznym kolcem..." (to dlatego w gniewie, z chęci rewanżu za to że ktoś nie chce się nam podporządkować, walimy czym popadnie, na oślep, często nieproporcjonalnie do wagi problemu/sytuacji, co po minięciu gniewu często sami reflektujemy. Więc to nie jest tak do końca że gniew ukazuje "nasze prawdziwe oblicze")

"...Gniew rozbija więź wspólnotową „ja – ty”, ustalając relacje w kategoriach „ja – on/ona”, obcości w stosunku do „krzywdziciela”. Taką relację może uzdrowić jedynie przebaczenie dokonane we wnętrzu serca i przez to przywracające miłość. Bez owego przebaczenia nie ma żadnego sensu asceza i największe nawet wyrzeczenia. Bez łagodności i miłosierdzia okazywanego bliźnim duchowe wysiłki nie dają nam bliskości Boga..." (Włodzimierz Zatorski OSB)

Smutek

"...z jednej strony jest jakby dzieckiem gniewu, a z drugiej strony jest dzieckiem naszych dawnych, mniej lub bardziej określonych, niespełnionych pragnień i na tle wyrastającej z tej kondycji frustracji (...) człowiek dostrzega, że ten impet jego pięści, ta siła jego gniewu, jego sprzeciwu, ta złość na innych ludzi, którzy zawiedli jego oczekiwania, wcześniej czy później się kończy. Wypala się to paliwo, ta energia, którą człowiek miał, gdy eksplodował gniewem na kogoś – i to przeradza się w smutek, czyli powoli narastającą, pogłębiającą się frustrację, rezygnację (...) Pokazuje świat jako pewnego rodzaju beznadzieję, jako rzecz, która przynosi generalnie tylko zawód, ludzi, którzy nie dają radości, raczej tylko wykorzystują.

I zachęca do tego, aby człowiek absolutnie się wycofał, poddał, opuścił głowę i przestał walczyć, dlatego że świat jest pełen nikczemności i nie ma już żadnej nadziei.

Czy w ogóle myśleliśmy o tym, że smutek również może być przyczyną winy moralnej, że smutek również może nieść spustoszenie w życiu, nie tylko naszym, ale i innych ludzi?"

"...Wszystko, co było poprzednio, wydaje się wspanialsze, bardziej autentyczne. Kiedy demon smutku zauważa, że te myśli działają i człowiek znajduje w nich upodobanie, wówczas dopiero pogrąża człowieka w smutku, gdyż w porównaniu z nimi obecna sytuacja jest nie do pozazdroszczenia. Im bardziej człowiek ucieka w marzenia o przeszłości lub wybiega w wyobrażeniach do idealnej przyszłości, tym bardziej przygniata go smutek z powodu beznadziejności aktualnej sytuacji..." (Włodzimierz Zatorski OSB)

Acedia / Duchowa depresja

"...Demon pokazuje życie człowieka jako klęskę: „życie ci się nie udało! Ponieważ życie ci się nie udało, a chcesz być człowiekiem szczęśliwym, dlatego szybko uciekaj, uciekaj jak najszybciej, jak najdalej i najlepiej w jakąś nieznaną sobie jeszcze aktywność, której wcześniej nie podejmowałeś”. Ludzie postawieni wobec takich pokus podejmują decyzje skrajne: bardzo często biorą rozwody, porzucają kapłaństwo, życie zakonne. Całe ich poprzednie życie jawi im się jako bezsensowne, zmarnowane. I tak kształtują się ludzie, którzy nie potrafią na dłużej nigdzie zagrzać miejsca, osoby, które tak naprawdę mają pięćdziesiąt lat, a nie wiedzą, czym się chcą zajmować w życiu; ludzie, którzy robili wszystko i nic, którzy nie mają w sobie czegoś, co określilibyśmy jako stałość... Pojawiają się co raz to "nowe" pomysły na łatwiejsze życie..."

"...Źródłem acedii jest więc brak akceptacji siebie i swojej sytuacji, przy czym owa nieakceptacja przybiera charakter destruktywny: agresji wobec tego, co jest, i marzenia o czymś, co w istocie jest nierealne. Wydaje się, że dobrze oddaje tę sytuację nieco ironiczne powiedzenie, które czasem pada w chwili, gdy narzekamy na istniejące warunki: „Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma” (Włodzimierz Zatorski OSB)

Próżna chwała.

"...Ktoś działający wedle podszeptów demona próżności (bo i tak można go nazwać) ma na oku nade wszystko własny interes, nie zważa na cel właściwy dla każdej czynności, ale kieruje się partykularną korzyścią. (...) Tu już nie chodzi o modlitwę – wyrzekanie się wad, wykorzenianie zła, upodabnianie się do Boga; celem jest kreacja własnego wizerunku. Kto wie, czy dzisiaj demon próżnej chwały nie namawia do tworzenia osobowości wirtualnych na forach internetowych i portalach społecznościowych. Człowiek nie akceptuje samego siebie i tworzy swoją ulepszoną wersję, zbierającą kolejne „lajki”; jest to jednak droga donikąd, gdyż nie można egzystować jedynie w sieci. Ważne jest, aby dostrzec ten aspekt: ulegający myśli pychy żyje na granicy załamania i rozpaczy, ponieważ z jednej strony nie akceptuje samego siebie, a z drugiej nie potrafi wykorzystać tych talentów, które istotnie posiada.

Swym drugim obliczem próżność kusi człowieka do kultu sukcesu: zdarzyć się może, że ktoś osiągnął pewien postęp w życiu duchowym lub rodzinnym, czy też w jakiejkolwiek innej dziedzinie. Taki człowiek zaczyna zadawać sobie pytanie: kto tego dokonał? I odpowiada sobie pod wpływem żądzy splendoru: to ja, to jest mój sukces (...) aż do stanu, w którym zacznie się chlubić z sukcesów, których wcale nie odniósł. Porażony próżnością przestaje dostrzegać, jak wiele zawdzięcza innym i samemu Panu Bogu, ponieważ zbytnio koncentruje się na sobie.

Innymi słowy, o ile poprzednich sześć demonów próbowało, jak mówiliśmy na początku, przedstawić świat jako skarb, który należy posiąść, o tyle demon próżnej chwały pragnie budować fałszywy obraz człowieka w nim samym (...) innymi słowy demon próżnej chwały jest uwodzicielem, takim, który nie pozwala nam trwać w pokorze (pokora to jest prawdziwy obraz samego siebie, mówienie prawdy o samym sobie), zmuszając nas raczej do tego, abyśmy wznosili zamki na lodzie. Demon fałszywej chwały jest tak niebezpieczny, gdyż atakuje z ukrycia, jest jak trucizna zawarta w dobrym owocu, jak podwodna skała, na którą wpada płynący spokojnie statek"

Pycha (zakłamanie)

"...człowiek zapomina o tym, że to Bóg jest źródłem wszystkiego, że Bóg jest dawcą dobrych darów, a powoli zaczyna uważać, że tylko on sam jest przyczyną swojego sukcesu, swojego szczęścia, że tylko w jego rękach leży to, w jaki sposób potoczy się jego życie (...) ktoś taki szybko zaczyna ulegać obawom, iż jego wspaniały stan gwiazdy jest zagrożony. W ten sposób przez życie człowieka zaczyna przebiegać cały korowód iluzji, które z biegiem czasu stają się coraz bardziej upiorne. Duch pychy (...) pozostawia nas samotnych na scenie tego świata i sprawia, że człowiek zapomina o Bogu w tym sensie, że wydaje mu się, że tylko w jego rękach spoczywa jego własny los.

...Pycha prowadzi ostatecznie do rozpaczy, do bezradności, bo wcześniej czy później do człowieka dociera, że on sam sobie ze swoimi słabościami, ze słabościami innych ludzi, nie jest w stanie dać rady. Czasami taki ktoś zaczyna popędzać samego siebie do jeszcze większej pracy, ale im więcej pracuje, im bardziej się spowiada i wysila, tym bardziej widzi, że nie jest w stanie wielu spraw rozwiązać. Dlatego duch pychy ostatecznie doprowadza człowieka do najgorszego stanu upadku: praktycznego ateizmu; dzieje się to wtedy, kiedy człowiek żyje tylko własnym życiem i zapomina również o tym, że jest coś po tamtej stronie. Towarzyszy temu rosnący cynizm, wyrachowane używanie swej pozycji i brak poszanowania dla młodszych, szukających u autorytetu wsparcia w trudnych początkach życia.

Ta forma pychy sprawia, że człowiek staje się jaskrawym przeciwieństwem ojca lub matki – zamiast dawać życie, zachęcać do wytrwałości, zamiast wprowadzać w arkana codzienności, pyszny śmieje się z wszystkiego, gdyż nie ma dla niego żadnego autorytetu i żadnej świętości..." (zaraża swoim cynizmem i defetyzmem w sposób celowy, nawet własne dzieci, staje się niszczycielem i oskarżycielem stworzenia, agresywnym bluźniercą i zabójcą - tak jak jego prawdziwy mistrz duchowy, diabeł)

"...Mniemanie, że sami doszliśmy do duchowych osiągnięć, pociąga za sobą następne przekonanie, że inni są gorsi, a nawet nie są zdolni zrozumieć naszej wielkości i spraw, jakie się odnoszą do nas. Prowadzi to do smutku i gniewu, gdy od innych nie otrzymujemy potwierdzenia naszej wielkości..." (Włodzimierz Zatorski OSB)

O Szymon w swojej książce opisuje przy okazji kilka innych bardzo konkretnych duchów (myśli), których szkodliwej obecności, ze względu na ich specyficzną przyczynę nie dostrzegamy. Jak np. tułacz, który od przebudzenia swojego żywiciela, wodzi go po wspomnieniach, i każe zaglądać (śledzić) "znajomych" z internetu. Zarówno tułacz jak i demon nieczułości, rodzą się z kontemplacji swoich dawnych i obecnych grzechów (doznań uczuć pragnień) jako czegoś "dobrego" (zazwyczaj ze względu na doznaną przyjemność, korzyść). Człowiek nie tylko nie żałuje tego co (z)robi(ł), ale uważa to za swój życiowy dorobek, przedmiot dumy i sens (cel). Czuje w związku z tym nieodpartą potrzebę zarażenia swoją "pasją" innych, w pełnym "przekonaniu" o jej "niewinności". Nie tylko w celu utwierdzenia się w tym że dobrze ulokował swoje JA (co już powinno dać do myślenia że jednak coś jest nie tak). Celem właściwym może być bowiem wywołanie tego samego znieczulenia (lenistwa duchowego) u innych. "Uwolnienie" takich samych emocji i popędów, jako "wartości" z powodu samego odczuwania ich i ulegania im. Bez zastanawiania się nad skutkami, bo celem jest w tym wypadku uzyskanie władzy nad drugą osobą, by dogodzić własnemu ego. Pozostaje tylko pytanie czy tego rodzaju działanie może być nieświadome i do jakiego stopnia... Najczęściej zajmują się tym pisarze, aktorzy, piosenkarze, rzadko sportowcy (ze względu na związany z niektórymi "atraktorami" niezdrowy styl życia), o ambicjach bycia wykładnią szczęścia dla innych. Ludzie często uzależnieni od popularności, celebrujący odcinanie kuponów od swojej "sławy". Którzy do tego stopnia są w sobie zakochani, że niepodzielanie własnej pasji przez innych, w skrajnych przypadkach, traktują jako personalny atak na siebie (gdyż w pełni identyfikują się z owymi "wartościami"). Każde ograniczenie ich "wolności" (czyt. prawa do "ekspresji" swojego JA) traktują jako bezprawie i ucisk. Właśnie to zjawisko możemy obserwować na ulicach wielu miast w Europie i Polsce, z okazji zamknięcia dyskotek i innych świątyni uciech. Ludzie dla których ta sfera życia stoi bardzo wysoko w hierarchii wartości, kompletnie nie liczą się z tym, że mogą stanowić zagrożenie dla innych. Godzą się na taką ewentualność w imię adrenaliny, "potrzeby odreagowania" emocji. Dostarczenia sobie wrażeń, których stymulacją, nazywając je niejednokrotnie "szczęściem", zajmują się wszędobylskie media... Pokazując np. dorosłego faceta który histerycznie szlocha nad porażką swojej "ukochanej"... drużyny (nie dziewczyny). Nie mówiąc o zbiorowych wybuchach innego rodzaju wrażeń, tudzież poimprezowych kacach, wstydliwie skrywanych rozczarowań "nie wiadomo czym". "Niczym nie uzasadniony" smutek ściskający serce i wyciskający łzy, po nie jednej "odważnej" decyzji. W imię "filozofii" jakiegoś Idola (obcego tak naprawdę człowieka), rzutującej toksycznie na relacje z ludźmi dużo bliższymi. Każdy źle ulokowany wybór, wykrwawia metodycznie na ołtarzu próżności to co w nas najcenniejsze... Dobrze jeśli to wszystko o czym mowa pozostaje w sferze myśli (oby jak najkrócej) i nie przekłada się na planowanie, czyny czy słowa. Sama pokusa to jeszcze nie grzech... To tylko kłamstwo. Trucizna udająca dobrą i smaczną strawę dla ducha i ciała, zachęcająca do zdrady.

Cytaty z książki o. Hiżyckiego, to niewielki i bardzo ogólny fragment wiedzy, jaką już szesnaście wieków temu "odkryli" ojcowie pustyni, a dziś, z uwagi na coraz bardziej widoczną w społeczeństwie tendencję do kompulsywnego wrażania swojego JA, starają się przywrócić do łask ludzie Kościoła, w ramach rekolekcji, konferencji, publikacji i konkretnej posługi w wymiarze duchowym. Wystarczy tylko po tę wiedzę (i pomoc) sięgnąć... Choćby po to by zdać sobie sprawę że toczy się w nas (o nas) poważna i nieustanna wojna, i jak powiedział jeden z ojców pustyni: "pokusy należy spodziewać się do samego końca (życia)". Ale też po to by się dowiedzieć, że nie jesteśmy na tej wojnie sami, ani bezbronni. Dobrze to poukładał w jednym z wykładów o Włodzimierz Zatorski (Osiem duchów zła u Ewagriusza z Pontu). Dla mnie było to najlepiej wydane 56 minut w życiu, na początek dalszych poszukiwań. I choć cykl notek piszę w zasadzie dla siebie, żeby móc wracać do tej wiedzy kiedy będzie trzeba, to zachęcam gorąco do zapoznania się każdego, kto rozpoznaje u siebie to co zostało w sposób bardzo skrótowy zacytowane... Polecając Bogu w modlitwie... Szalom!

... Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw duchowym pierwiastkom zła na wyżynach niebieskich. Dlatego przywdziejcie pełną zbroję Bożą, abyście się zdołali przeciwstawić w dzień zły i ostać, zwalczywszy wszystko. Stańcie więc [do walki], przepasawszy biodra wasze prawdą i przyoblókłszy pancerz, którym jest sprawiedliwość, a obuwszy nogi w gotowość [głoszenia] dobrej nowiny o pokoju. W każdym położeniu bierzcie wiarę jako tarczę, dzięki której zdołacie zgasić wszystkie rozżarzone pociski Złego. Weźcie też hełm zbawienia i miecz Ducha, to jest słowo Boże – wśród wszelakiej modlitwy i błagania. Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu! Nad tym właśnie czuwajcie najusilniej i proście za wszystkich świętych i za mnie... (z listu św Pawła do Efezjan)

Losing Hold by Esterly

MIQEDEM - Ad Ana... (Psalm 13)


poniedziałek, 15 lutego 2021

K.

 Czasem bardziej kochamy się w kłamstwach. (M)

 

Powiedział mi Piotr

że kiedy przychodzisz

do kwadratu wyolbrzymiasz (koło)

albo do zera sprowadzasz (wartość)


Że krzyczysz albo się łasisz

Że rozmawiać to ty nie potrafisz

I tak znasz serca, że zawsze wiesz

czego im, na kształt kieliszka, nalać


Słodyczy ni goryczy

nie (po) żałujesz

Bez umiaru - dać i zabrać - możesz

I znasz przeszłość tylko od "najlepszej" strony


Lecz wystarczy błysnąć ci w te wielkie oczy

Zapytaniem:  I co dalej? 

A z sykiem - zwiniętych jak twój ogon 

czerwonych dywanów - uciekasz


Razem ze swoim:

"zawsze/nigdy", 

"wszystko/nic"

I to jest prawda co powiedział o tobie Piotr


luty 2020 (na podstawie ks Piotra Pawlukiewicza "Kłamstwo niszczy wszystko")

Cigarettes after Sex "K"



Miarą wolności

Kto się zbliża, tego nie odpychajcie, a kto odchodzi, tego nie zatrzymujcieKto wraca, tego przyjmujcie tak, jakby się nigdy nie oddalał (J.W.G.)


 "Ad venerem quicumque voles attingere suam, si modo duraris, praemia digna feres"

bo

"Amare nihil aliud, nisi eum ipsum diligere, quem ames, nulla utilitate quaesita"

*

nawet za zamkniętymi drzwiami

pozbawiony Twojego widoku

napiętnowany ciszą

przerywaną szczękiem kolejnej zasuwy

(jak repetowanej broni)

wciąż będę

Twój

...

adeat invito ne 

quis discedere amore

17 maj 2016

Timecop1983 - Falling

...tylko ten kto świat ceni, może porzucając go, okazać Bogu miłość. Wyborem swoim mówi niejako: „Ponad wszystko, co kocham i cenię, kocham i cenię Ciebie”. Natomiast ktoś, kto świata nie ceni, ludzi nienawidzi, kto ma w sercu pogardę i negację, jeżeli nawet wybiera życie monastyczne, to tym wyborem mówi Bogu: „Nic wartościowego nie stworzyłeś, a ja wybieram już ostatecznie raczej Ciebie niż te wszystkie paskudztwa”. Czy tak przemawia miłość?...

s. Małgorzata Borkowska - O prymacie Boga